Katagoria: Recenzje, opublikowano 8 lat temu.

Bartosz „Zicocu” Szczyżański o Dzieciach Słońca


 

Recenzja Bartosza ‚Zicocu’ Szczyżański ze stron Książki Polter.pl


Sam pomysł nie wystarczy

Plamy na Słońcu nie są niczym nowym. Specjaliści badają je od lat, a nawet zwykli ludzie wiedzą, że mocno wpływają one na nasze życie. Profesor Daniel Bates przed laty starał się udowodnić, że nadaktywność naszej gwiazdy może przynieść skutki dużo gorsze, niż można by podejrzewać. Oczywiście nie wierzą w to koledzy po fachu: oskarżają go o sianie fermentu i szybko izolują od naukowego środowiska. Od tamtego czasu nasz bohater w terenie poszukuje dowodów na zgubną działalność wybuchów na Słońcu – właśnie po to zatrudnił się w firmie próbującej sterować pogodą. Jak się okaże, jego hipotezy były tak bliskie prawdy, jak to tylko możliwe.

Hmm, koniec świata w roku 2012 – dosyć ograny motyw, który pojawia się chociażby w filmie pod tym „rocznym” tytułem. Już powiązanie kalendarza Majów z paranaukową warstwą dotyczącą Słońca może co niektórych zainteresować. A dorzucenie do tego wszystkiego wątków rodem z thrillera szpiegowskiego sprawia, że zarys powieści staje się naprawdę intrygujący. I rzeczywiście, okazuje się, że synteza elementów charakterystycznych dla dzieł katastroficznych, popularnonaukowych i dreszczowców, to idealne trafienie. Prolog powieści naprawdę wciąga, mimo że grany jest z nut, które dobrze zna każdy czytelnik: dostajemy młodą dziewczynę, która zakochuje się w twardzielu z niejasną przeszłością, powiązanym w dziwny sposób z wydarzeniami interesującymi ostatnio opinię publiczną. Ale co z tego, że początek jest świetny, skoro dalej nie jest już tak ciekawie?

Szybko zaczyna drażnić szarpana narracja. Przeskakujemy z kwiatka na kwiatek: najpierw towarzyszymy Batesowi, który próbuje dać sobie radę z przeszłością, potem śledzimy terrorystów kupujących broń, aby po chwili przyglądać się działaniom ich oponentów z kontrwywiadu. Taki zabieg podsyca emocje, wprowadza suspens, owszem, ale tylko wtedy gdy autorowi udaje się zachować umiar. Mam jednak wrażenie, że w pewnym momencie pisarz przesadził, do bólu mnożąc wątki i, co gorsze, perspektywy, z jakich obserwujemy rozwój wydarzeń. Nie zdziwcie się, jeśli zdekoncentrujecie się przy lekturze, by po chwili zorientować się, że przeczytaliście dwa czy trzy akapity, nie wiedząc nawet zbytnio: kto, z kim i o czym. A to denerwuje, zwłaszcza z powodu dominacji dialogów. W tekście znajdziemy mnóstwo rozmów, które prowadzone są przez setki bohaterów. Powiązanie ich jednym czy dwoma narratorami mogłoby zmniejszyć chaos, który wkrada się w powieść zbyt często.

Zresztą zabrakło mi spójności w jednej, równie ważnej kwestii co narracja, kwestii: w fabule. Miałem nadzieję, że choćby w zakończeniu, choćby nawet w „poakcji”, dostanę coś, co łączyłoby oba główne wątki. Niestety, nie doczekałem się. Sprawa wygląda tak: z jednej strony efekty wybuchów na Słońcu, z drugiej terroryści i nuklearne zagrożenie. Oba się rozwijają, więcej nawet: idą w całkiem ciekawym kierunku. Ale kiedy się połączą? Brakuje choćby szczątkowego spoiwa, które pozwoliłby wierzyć, że autor ma wszystko zaplanowane. Szkoda że nie udało się wypuścić obu tomów naraz: może wtedy mógłbym docenić zamysł Meszki. Jestem jednak zobowiązany do ocenienia tego, co otrzymałem – a są to dwie oddzielne historie, nie połączone niczym oprócz czasu akcji.

Łatwo wyczuć, że 2012 to literacki debiut pisarza. Brakuje mu trochę zdolności do zapanowania nad piórem: oczywiście tworzy zdania poprawne, ale jego styl nie jest w żaden sposób spersonalizowany, nie da się wyraźnie zaznaczyć cech charakterystycznych języka. Wręcz przeciwnie, niektóre fragmenty książki wyglądają, jakby były konstruowane tylko pod kątem poprawności gramatycznej i stylistycznej, brakuje w nich literackiego szlifu. Przydałoby się trochę te zdania udziwnić, nadać im indywidualny charakter, wprowadzić do nich jakiś konkretny rytm. Mocno utkwił mi w pamięci styl Cetnarowskiego z czytanych niedawno Labiryntów: poetycki, pełen plastycznych pomysłów, niezwykły. Meszko prezentuje coś całkowicie odwrotnego – postanowił oprzeć się na pełnej obiektywności, co mi do gustu nie przypadło.

Jedynym, co mogę bez wahania pochwalić, jest kreacja bohaterów. Może i jest ich bardzo dużo, może i trudno ich wszystkich ogarnąć, ale po zagłębieniu się w lekturze ten problem gdzieś znika. Dostajemy za to szansę obcowania z prawdziwymi ludźmi: nawet Daniel, oparty przecież na banalnym schemacie (kto w książkach nie ma trudnej przeszłości?), jest naprawdę ciekawym towarzyszem. W swojej pierwszej powieści Meszko uniknął tego, co często zarzuca się debiutantom: jego postaci nie są półbogami, niezniszczalnymi herosami. Dzięki ich śmiertelności suspens zdecydowanie wzrasta – to sprawia, że powieść naprawdę chce się czytać.

Dawno nie zdarzyło mi się w recenzji tyle narzekać. Mam wrażenie, że moje malkontenctwo ma bardzo prosty powód: wpadki pisarza są problemami czysto technicznymi, które, przy odrobinie pracy, mogą zostać usunięte. W 2012 kryje się spory potencjał – mam nadzieję, iż kolejny tom cyklu udowodni, że zbyt ostro potraktowałem debiutanta, w którym widać zadatki na autora intrygujących thrillerów.

Recenzja ze stron: http://ksiazki.polter.pl

 

2012: gniew ojca

2012: gniew ojca

Na dacie 21 grudnia 2012 roku kończy się kalendarz Majów. Dla wielu ludzi oznacza to jedno – datę końca świata. Powstają liczne proroctwa, z których najsłynniejsze jest Proroctwo Oriona – wizja Patricka Geryla, mówiąca o zmianie biegunów Ziemi.

Książka do kupienia w księgarni autorskiej

 

Podobne wpisy


Słowa kluczowe: , , ,

Licznik: 214

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


 
Share This